eMTeB ;) - błotnista wschodnia strona Łodzi

Sobota, 8 czerwca 2013 · Komentarze(1)
Kategoria >100km
Jazda na wschód. Takie powiadomienie zawitało u mnie na facebooku. A w zasadzie zaproszenie do wspólnej jazdy od Xanagaza.
No problema. Sobota to mój czas na rower. Chętnie ruszę jeśli pogoda pozwoli.
Burza w piątek wieczorem nie zniechęcała mnie do rezalizacji planu.
I tak wstałem o 7:10 szybka jajówa. Wszystkie potrzebne rzeczy przygotowałem sobie wieczorem. Ubieram się i o 8 jestem gotowy do wyjścia. Jeszcze szybkie czyszczenie łańcucha z nadmiaru smaru, który nadałem poprzedniego dnia.
Jadę lajtowym tempem. Niespiesze się. Pogoda piękna. Przy szpitalu na czechosłowackiej telefon. Ocho! Dzwonią po mnie. Sprawdzam nic nie widzę na wyświetlaczu w tym słońcu. Myślę sobie znowu tel padł. Ale nie chwila ostrzenia i widzę. Jj dzwoni z nad morza. Chwila rozmowy i lecę dalej. Patrze policjant na środku drogi macha “lizakiem” naszczęście nie na mnie. Ale patrzę ścieżka rowerowa na wiadukcie a mnie na niej nie ma. Grzecznie zjeżdżam na nią by po 50m przejechania zjechać z powrotem na ulicę. Ścieżka się szybko skończyła. Już miałem w głowie plan co by to im powiedzieć, żeby mnie puścili prędko ;) Naszczęście mieli mnie głęboko w …
Ale się rozpisałem a jeszcze nie dojechałęm w umówione miejsce. Oczywiście stacja Łódź Widzew. Podjeżdżam na ławie siedzi Tomek i Olek. Przepraszam za małe spóźnienie, które zostaje wybaczone. Nastepnie co by tradycji stało się zadość proszę Tomasza o szybką regulację. Tym razem nowe pancerze w tym trochę mojej regulacji pozwalają na ogarnięcie tematu w 3minuty. Szybki tel. do Stopy, który miał się ku mojemu zdziwieniu pokazać na tej wycieczce. Niestety został wezwany do pracy. Nie zdziwiło mnie to. Kierunek wschód!
Leniwie. Bardzo leniwie chociaż 22km/h nieschodziło z licznika. Plan był taki aby dojechać do Koluszek wdzłuż torów. W zasadzie człowiek się nie zmęczył a już byliśmy w Koluszkach. No może prawie ;) zmęczyć się nie zmęczyliśmy ale ciut ubrudziliśmy. Ze względu na dość intensywne całotygodniowe opady deszczu w lesie jest dużo bagien. I przez kilka takich musieliśmy się przedostać. Z jednego Tomasz miał problem się wydostać. Ale co tam mamy rowery eMTeBe więc daliśmy radę! Ubaw w sumie był bo każdy jakiś kawałek błota ze sobą wiózł. Umorusani w błocie pogryzieni przez komary docieramy do wspomnianych już Koluszek.
Kierunek cukiernia. Dwie bułki słodkie, woda i Tymbark zakupione w pobliskim spożywczaku. Centrum Koluszek żyje i ma się dobrze. Byliśmy zdziwieni. Gadka szmatka na ławeczce i trzeba się zbierać.
- No to gdzie jedziemy?
- przed siebie! i tak też zrobiliśmy kierując się na Ujazd. Wyjeżdząjąc z Koluszek wpakowaliśmy się pod most, pod którym płynął strumyk. Chcieliśmy przejechać ale się nie dało. W pewnym momencie po prostu zassało mi koła. I się zatrzymałem oczywiście instyntkownie podpierając się nogą. Niestety noga zapadła mi się w błoto. Po chwili zdaliśmy sobie sprawę, że wjechaliśmy w teren zalany przez pobliską rzeczkę. Widać, że Koluszki walczyły z powodzią. Wszędzie wroki z piaskiem i mnóstwo wody i błota. Ledwo się stamtąd wydostaliśmy. Uwaleni jeszcze bardziej niż poprzednio lecimy dalej szukając miejsca by wjechać w las. Troszkę błądząc na pobliskiej rozjezdni kolejowej wjeżdżamy w teren. Jeszcze bardziej zalany niż poprzednio. Damy radę przecież mamy rowery eMTeBe! I daliśmy - patrz filmik ;) Każdy uwalony w siada na jeszze bardziej uwallonego bajka. Upał daje się we znaki. To może jakis popas? Dojeżdzamy do Rokicin. I tak w kolejności. Pierwszy sklep lody. Drugi sklep piwka tylko w 4 paku. Nie można kupić 3? Nie można! 3 sklep zimne lech shandy czy jeszcze jakieś inny niskoprocentowy shit. Siadamy gaworzymy dobrze się siedzi. Dupki nie chce się ruszać. Słoneczko świeci chillout. To co jedziemy? Pokręcimy po okolicy i ruszymy na pizzawę do Koluszek. I tak zrobiliśmy. Troszkę pojeździliśmy po błotnistych lasach. Troszkę się nawkur... na mój napęd bo ciągle przeskakuje na niektórych trybach. Co zrobić trzeba jechać.
Dojeżdżamy na pizzawę. Dobra pizza nie jest zła. Popchnięta okocim shandy czy innym niskoprocentowym shitem ;) Chwila dla nowych technologii wymiana zdjęć filmów etc. To co idziemy spać ;)... ruszamy kierunek Łódź. Dobre tempo nam się włączyło po tej pizzy. Mnie niestety zaczęło boleć kolano. Chyba już wcześniej mnie bolało. Ale dałem radę. W sumie nic potem się nie wydarzyło. Przed Łodzią porzegnaliśmy się. Ja pojechałem kierunek Natolin chłopaki Łódź Widzew. Dobre jeżdżenie muszę powiedzieć. Nikt nie narzekał na trudy terenu ani tempa. Dobrze jest czasem się ubrudzić. Oj tak :D Przyjemna jazda na wschód. Dzięki chłopaki.

PS. Się rozpisałem się.








Relacja Tomka (Xanagaza)

Bikeworken #78

Czwartek, 6 czerwca 2013 · Komentarze(0)
Kierunek praca > hurtownia > nie można płacić kartą > bankomat > hurtownia > vision express nareszcie drugie oczy nie spadają mi z nosa > Wosk i Wizaż > Manufaktura zakup Rowertoura i Bikeborada > Tesco > Dom. Fajnie dziś się jeździło!

No dobra tak wyglądają moje nówki sztuki ;)

Bikeworken #76

Wtorek, 4 czerwca 2013 · Komentarze(0)
Dojechać do pracy dojechałem ale już wracałem z N. Późno kończyłem prace poza tym lało masakrycznie nie miałem ochoty moknąć.

Przed weselna 60ka.

Sobota, 1 czerwca 2013 · Komentarze(0)
Przed weseliskiem mojego dobrego znajomego (prawdę mówiąc to wesele SmartA)trzeba było się zmęczyć. Umówiłem się wcześniej z Jjem i Tomaszem na 9:30 na kaloryferze. Budzę się rano... leje. Dzwoni Jj - to sobie pojeździliśmy. No cóż trzeba przeczekać. New meteo pokazuje od 11 będzie okienko pogodowe. I tak przychodzi 12:30 i wreszcie jest to okienko pogodowe. No comment jeśli chodzi o prognozy pogody. Miałem jechać na mieszczuchu coś mój napęd w GT słabo się ostatni spisuje. No ale dobrze, że jednak wybrałem lawinkę. I ruszyliśmy. Ze względu na pogodę wybraliśmy asfalty. Walimy na Grotniki. Lubię tą trasę przez Zgierz i dalej prosto przed siebie. Dobra średnia do autostrady A2 mieliśmy 27,9km/h. Nie źle. Fajnie się jeździ jak nie wieje. Potem Jj zabiera mnie na swoją przyszłą działkę koło Parzęczewa. Ciśniemy. Niestety wzmaga się wiatr. Tempo słabnie poza tym sił trochę już mniej. Widoki nadrabiają nam tą niedogodność. Czuję, że muszę zjeść. Zatrzymujemy się na chwile w sklepie. Kupuję rożka (uwielbiam) i zastanawiam się nad bułką słodką. Czego potem będę żałował ale to później. Ciśniemy dalej. Niestety patrzymy na czas. Jest bardzo słabo mimo b. dobrego tempa. Mieliśmy być około godziny 14-14:30 max. jest 14:15. A my jeszcze nie dojechaliśmy do Aleksa. Trochę się na tą całą sytuację wkurzyłem. Mimo fajnej jazdy. No nic. O 14:40 dojeżdzamy do Aleksa. Czuje się dobrze. Jj ciut słabiej i chce kupić wodę, kupujemy. Mówię poprowadzę. Ok. I po 10 min opadłem z sił. Odcieło mi prąd. Bardzo słabo mi się jechało. Winny jestem sam sobie. Wiem doskonale, że muszę zjeść żeby jeździć. Tak już mam. Muszę być najedzony! Ale sobie darowałem i masz za swoje. Przy cmenttrzu na Szczecińskiej zaczyna padać a w zasadzie lać. Jestem max zmęczony i wcale mi to nie przeszkadza. Jj czuje się dobrze. To dobrze :) Przynajmniej ciągnie “peleton”. Jakoś dojeżdżamy. Godzina 15:05. Czas na sesje zdjęciową i przygotowania ale o tym już nie piszę bo to inna para kaloszy.

PS. Weselicho udane do 6 balowaliśmy. “Balowniky” ;)